Zagadnienia prawne korsarstwa / Krzysztof Gerlach / cz.2

Karrex Dyskusja rozpoczęta przez Karrex 4 lat temu
Dalszy ciąg tematu z forum p. Krzysztofa Gerlacha
http://www.timberships.fo...arstwa,277.html


Zagadnienia prawne korsarstwa

10.

Aby na podstawie dostępności materiałów źródłowych nie dawać rozmaitym pseudo-historykom (chociaż z dyplomami) okazji do głoszenia bredni o „narodowym” postępowaniu, warto też wspomnieć o praktykach „niewinnych” Kastylijczyków. Nie tylko pustoszyli wybrzeża Kornwalii, rabując miasteczka, paląc domy i zabierając angielskie statki, ale w 1419 r. napadli na neutralną flotyllę hanzeatyckich i niderlandzkich żaglowców handlowych, w ogóle nie handlujących z Anglikami, tylko płynących po sól do Baie, i zdobyli 40 z nich. Chociaż napastnicy należeli do kastylijskiej floty królewskiej, to prawdziwym celem ataku była próba wyeliminowania konkurencji dla hiszpańskich kupców w niezwykle intratnym handlu solą. Prawo odwetu spowodowało, że kiedy poszkodowany w tym ataku hanzeatycki kupiec powetował sobie straty we flandryjskim Swin na galicyjskim holku, Hiszpanie domagali się pokrycia z kolei ich strat przez Flandrię, a kaperska wojna hanzeatycko-kastylijska ciągnęła się do 1443 r.

Król Szwecji w latach 1448-1457, Karol VIII Knutsson, wysyłał przeciwko swoim przeciwnikom kaprów, legalnie wystawiając (jako władca) listy kaperskie. Kiedy go jednak obalono z początkiem 1457 r., osiadł za zgodą Kazimierza Jagiellończyka w Pucku, danym mu w zastaw za pożyczkę udzieloną gdańszczanom. Próbował oczywiście odzyskać władzę i zapowiedział w kwietniu 1457 r. wysłanie znowu swoich kaprów (dysponował kilkoma żaglowcami) na Bałtyk, tym razem z Pucka. Jego szwedzki tron przejął tymczasem król Danii Chrystian I, z którym Gdańsk toczył mniej lub bardziej jawną wojnę, więc z pozoru wszystko było jasne. W rzeczywistości gdańszczanie próbowali właśnie się wywinąć z wojny z Danią, a włączenie się do niej jeszcze Szwedów byłoby dla nich nad wyraz niekorzystne, więc interwencja ex-monarchy szwedzkiego była im bardzo nie na rękę. Nasuwa się jednak pytanie, czy gdyby w latach 1458-1466 kaprzy Knutssona się pojawili (zresztą faktycznie działali, ale raczej z listami kaperskimi od Gdańska), byliby legalnymi kaprami – wysłanymi przez prawowitego (w myśl zasad legitymizmu) władcę, z poparciem innego prawowitego władcy ziemi puckiej, czyli króla Polski – czy też piratami, skoro Szwecja miała już (z woli Szwedów!) innego króla, a Puck „legalnie” wchodził w skład państwa krzyżackiego?!

Powyższych przykładów nie podaję dla dyskutowania o „sprawiedliwości” czy „niesprawiedliwości” poszczególnych poczynań, o ich „słuszności” czy „niesłuszności”, albo epatowania się, kto był gorszy. Rzecz jasna już dawno rozstrzygnięto, że zawsze rację mają „nasi”, albo ci, których lubimy, każdy akt gwałtowny drugiej strony to przestępstwo lub zbrodnia, zaś identyczne postępowanie „naszych” to w najgorszym razie „konieczność polityczna”, a w najlepszym – mądra dalekowzroczność. Czy dotyczy to napadania na cudze ziemie, mordowania jeńców albo ludności cywilnej, przesiedleń itp., taka logika święci triumfy, zwłaszcza dzisiaj. Szkoda na to czasu. Chodziło mi wyłącznie o pokazanie, że pozornie klarowna definicja odróżniająca korsarza (kapra) od pirata, świetnie się sprawdzająca w dobie rozwiniętych, silnych państw ze sprawną administracją centralną i regularnymi marynarkami wojennymi, zdecydowanie nie wystarczała właśnie wtedy, gdy była najbardziej potrzebna.

11.

Od zaniku łupieskich wypraw wikingów po schyłek XV w. na wodach całej zachodniej i północnej Europy (w tym na Bałtyku) dominowała wojna kaperska. Ale brak chęci (i zapewne możliwości) choćby zarysowania wspólnej dla wszystkich definicji żeglugi neutralnej oraz niestabilność państw (każdy obalony władca, jeśli przeżył, uważał się za legalnie panującego, czyli upoważnionego do wystawiania listów kaperskich; każde miasto Hanzy - czasem nie tylko jej - mogło angażować swoich kaprów; nominalni zwierzchnicy terytoriów wiedli spory i nawet walczyli z własnymi poddanymi, a pojęcie o legalności tych poczynań dramatycznie się różniło między stronami konfliktów) powodowały taki chaos, że niby zaakceptowane przez wszystkich prawa zbyt często pozostawały martwą literą. Dbano o precyzję sformułowań w listach kaperskich.

Wiemy np., jak przewidywano podział łupów: w 1438 r. senat Bremy zabierał dla siebie jedną trzecią, kaprom pozostawiając dwie trzecie; gdy w połowie XIV w. w Anglii król postanowił zabierać połowę, jego kaprzy (i piraci!) skwapliwie przenieśli się do Bretanii, gdzie od 1342 r. musieli oddawać tylko jedną trzecią; w Gdańsku i Hamburgu w drugiej połowie XV w. łupami dzielili się (zwykle po połowie) armatorzy i kaprzy, władze miejsce nie partycypowały w zdobyczy; w tym samym czasie próba Lubeki z dzieleniem łupów po połowie między radę miejską dostarczającą statków i mieszczan zapewniających wyposażenie, z pominięciem udziału załogi, zakończyła się fiaskiem. Lecz dbałość o listy kaperskie i instrukcje dla korsarzy nie miała większego znaczenia, gdy te same władze, które je wystawiały, często nie respektowały listów kaperskich przeciwnika.

Przestrzeganiu prawnych aspektów nie sprzyjało też ani postępowanie kaprów, bez skrupułów zmieniających się w każdych sprzyjających okolicznościach w piratów, ani okrucieństwo okazywane wrogom (prowadzące do mordowania niewinnych i palenia osad nie mających żadnego związku z prowadzonymi działaniami), ani ogólna atmosfera konkurowania handlowego na morzach, gdzie nawet władcy zwalczający innych piratów nie gardzili pirackimi napadami przy nadarzających się okazjach. Prawo do brania odwetu na rodakach „pirata” prowadziło do nieprawdopodobnej spirali gwałtów, oskarżeń i kontroskarżeń, bez szans uczciwego wskazania, kto naprawdę nie tylko miał list kaperski, ale i rzeczywiście działał tylko jak korsarz (kaper), a nie pirat.

A mimo tego, samego faktu istnienia prawnej różnicy między kaprem a piratem nie kwestionowano. Piraci mogli być w czasie wojny zatrudniani jako kaprzy, jednak po zawarciu pokoju ich działalności oficjalnie nie tolerowano. Tymczasem wspomniałem wcześniej o angielskich rajcach, burmistrzach i parlamentarzystach trudniących się korsarstwem. Ze stanowisk lądowych wynika, że byli bardzo szanowani przez społeczności, w których mieszkali, nawet jeśli odległy król miał czasem poważne wątpliwości co do ich poczynań. Słynny gdański rozbójnik Pawel Beneke po akcji, którą cały ówczesny świat (poza nim samym i przedstawicielami Gdańska, rzecz jasna) uznał za piracką, żył w swoim mieście otoczony powszechnym szacunkiem, kupił tu dom i ożenił się z bogatą mieszczką. Czasem kaprzy tak jak piraci kładli głowę pod topór katowski, ale w ich przypadku wybuchała wielka wrzawa i pojawiały się ostre protesty, podczas gdy po ścinaniu Braci Witalijskich czy piratów zachodniej Europy wysyłano listy gratulacyjne.

12.

Kolejny problem z realnym odróżnianiem prawnym między kaprem a piratem pojawił się pod koniec XVI w., gdy świeżo zbudowane imperium hiszpańskie zaczęło nieco pękać w szwach, a inne narody europejskie miały wielką ochotę uszczknąć jak najwięcej dla siebie z tego rozległego świata podzielonego przez papieża między Hiszpanię i Portugalię. Występowali oczywiście pospolici piraci, jednak coraz częściej działaniami przeciwko Hiszpanom i Portugalczykom parali się szanowani dżentelmeni, ze wzrastającym i coraz jawniejszym poparciem swoich władców.

Nie brakowało, rzecz jasna, powtarzania się starych problemów ze zmianami władzy i powstaniami. Kiedy Holendrzy zbuntowali się przeciwko Hiszpanii i utworzyli niepodległe państwo, wielką rolę w ich zwycięstwie odegrali kaprzy. Ale Hiszpanie jeszcze przez kilkadziesiąt lat nie chcieli uznać Zjednoczonych Prowincji, więc obywateli Republiki uważali za zbuntowanych poddanych Jego Arcykatolickiej Mości. Zatem dla nich holenderskie listy kaperskie nie były legalne.

Jednak tutaj chodzi mi o nowe zjawisko. Państwa europejskie, czy to pozostające w obozie antypapieskim (jak Anglia, Holandia) czy jak najbardziej katolickie (Francja), były oburzone arbitralnym pozbawieniem ich możliwości partycypowania w kolonizacji świata. Zdecydowanie nie zamierzały z niej zrezygnować, jednak brakowało im sił i determinacji (przynajmniej na razie), by z tego powodu toczyć jawne wojny z Hiszpanią, Portugalią lub papiestwem. Nie widziano też w tym większego sensu, skoro dało się drobnymi kroczkami prowadzić politykę faktów dokonanych.

Kupcy europejscy pojawiali się więc nielegalnie w zamorskich dominiach państw Półwyspu Iberyjskiego i łamali tamtejszy monopol handlowy (głównie na dostawę z Afryki czarnych niewolników), omijali cła, dokonywali drobnych prób osiedleńczych (na ogół na wyspach). Oczywiście spotykali się z represjami władz hiszpańskich (szczególnie okrutnymi, wręcz sadystyczno-barbarzyńskimi w odniesieniu do „heretyków”), więc spirala wzajemnej wrogości się nakręcała. Mimo braku stanu formalnej wojny, trupy padały po obu stronach. Hiszpanie snuli też intrygi w konkurencyjnych państwach, nasyłając morderców na wrogich im przywódców lub starając się obalić ich w inny sposób.

Na tym tle pojawili się tacy ludzie jak Hawkinsowie, Drake, Frobisher i wielu innych, którzy w sprzyjających okolicznościach atakowali hiszpańskie i portugalskie posiadłości oraz statki, często z pełną aprobatą rządzących. Czy więc w latach bezpośrednio poprzedzających oficjalne wypowiedzenie wojny między Anglią a Hiszpanią Francis Drake (wybieram go tylko dla przykładu, problem był ogólny) powinien być uważany za pirata, skoro nie miał listu kaperskiego i napadał na poddanych państwa, z którym jego własne pozostawało formalnie na stopie pokojowej? Hiszpanie wtedy nie mieli żadnych wątpliwości i większość hiszpańskich historyków nie ma ich do dzisiaj – to pirat. Jednak czy na pewno?

Miał (przynajmniej w późniejszym okresie) pełne poparcie własnej królowej, która partycypowała w łupach, i wyruszył z jej błogosławieństwem. Cieszył się szacunkiem współobywateli, mieszkał w typowym dla tamtych czasów społeczeństwie o silnej władzy centralnej, w normalnym państwie europejskim. Nie popełniał żadnych zbrodni, a nawet starał się popisywać przed Hiszpanami wielkodusznością. Spełniał więc prawie wszystkie warunki bycia korsarzem – czy jednak brak jednego z nich, bardzo ważnego, i tak przekreśla możliwość przypisania go do tej grupy? Wydawałoby się, że tak, ponieważ jak można zgodnie z prawem atakować obywateli obcego państwa w czasie pokoju? Ale okazuje się, że pokrętni prawnicy tamtej epoki wymyślili sobie bardzo ciekawe pojęcie stanu „prowadzącego do wojny”. Państwa, które miały ze sobą na pieńku, pozwalały swoim obywatelom dokonywać „represji” na oczekiwanym przyszłym przeciwniku w ramach „dążenia do rekompensaty za krzywdy narodowe”.

W teorii, ten quasi-wojenny stan miał dać wrogowi czas na „opamiętanie się” i zmianę postępowania, aby nie doszło do otwartej wojny. Jak łatwo zgadnąć, w rzeczywistości prowadził niemal zawsze do kontr-represji i w szybkim tempie do formalnych działań wojennych. Jednak dla zagadnień kaperstwa miał duże znaczenie. Francis Drake wyruszający pod patronatem królowej na Morza Południowe, by łupiąc Hiszpanów odpłacać im za „krzywdy”, jakie król Filip wyrządzał Anglii, a w szczególności jej władczyni, działał w ramach stanu „prowadzącego do wojny”, był więc – przynajmniej w oczach Anglików – pełnoprawnym kaprem.

13.

Wiek XVII przyniósł ogromne rozplenienie się piractwa w Indiach Zachodnich. Prawdziwie złotym okresem była dla nich druga połowa tego stulecia. Nagminne wojny w Europie połączone ze zmianami sojuszy powodowały, że bardzo często znajdowały się rządy, którym ich wyczyny były akurat na rękę. Dochodziło nawet do wystawiania formalnych listów kaperskich. Niezależnie jednak od tego, że – jak dawniej – wyposażeni w nie korsarze nieraz przeistaczali się bez problemów i straty czasu w piratów, nadal były to pojęcia prawnie odrębne.

Na tym tle nadużyciem i fałszem jest nazywanie części piratów - atakujących (z własnego wyboru) tylko Hiszpanów - kaprami lub korsarzami. Nawet jeśli oni sami za takich się uważali i nawet jeżeli państwa europejskie, poza Hiszpanią, z satysfakcją patrzyły na hiszpańskie straty. Oni działali na własną rękę. Nie mieli oficjalnych upoważnień ani formalnych zachęt ze strony władców. Nie dzielili się łupami z żadnym organizmem upoważnionym do kontroli działalności korsarskiej. Nie kierowali się jakimikolwiek prawami poza tymi, które sami sobie ustanowili. Wielokierunkowo zorganizowane, szerokie społeczności nie były normalnym miejscem ich zamieszkania, tylko co najwyżej celem napadów. Fakt, że w jakimś okresie praktykowane przez nich rozbójnictwo mogło być, jeśli sami zechcieli, ukierunkowane narodowo, nie zmieniał w niczym ich statusu piratów.

Inaczej przedstawiała się sprawa z rozbójniczą działalnością mieszkańców północnej Afryki, rozwijającą się już wcześniej i blisko półtora wieku po zniknięciu wielkich grup pirackich z Indii Zachodnich. Piractwo było w tym rejonie co najmniej ubocznym zajęciem „od zawsze”. Mnie chodzi jednak o czasy po opanowaniu północnej Afryki przez wyznawców Allacha i wiążące się z tym reperkusje prawno-terminologiczne. Nie był to teren jednolity i dzielił się na państwa o skomplikowanej strukturze władzy i podległości. W złożonym świecie sułtanów, pasz, bejów, chalifów, marabutów, kadich, emirów, janczarów, mameluków, mocno odległym od rozwiązań europejskich, ośrodki rozkazodawcze zmieniały się bardzo często i w sposób niekoniecznie zgodny z ustaloną hierarchią czy kolejnością dziedziczenia.

Indywidualna siła rozmaitych dostojników oraz liczebność ich popleczników bardziej decydowały o rzeczywistym panowaniu nad określonym terytorium niż teoretyczne prawa do niego lub formalne więzy. Występowało też silne zróżnicowanie etniczne (np. Berberowie, Arabowie, Turcy, Egipcjanie) oraz ważne więzy plemienne. W Maroku rządził teoretycznie sułtan, ale do połowy XVIII w. był właściwie zakładnikiem murzyńskiej armii, na której musiał się opierać przeciwko arabsko-berberyjskiej większości, z której sam pochodził. Wiele plemion berberyjskich, zwłaszcza w wysokich górach, utrzymywało albo okresami zyskiwało stan prawie pełnej niezależności, także silni paszowie (wysocy dostojnicy wojskowi i cywilni) rozmaitych okręgów prowadzili własną politykę, nie uciekając od wojen z sułtanem.

Reszta Afryki północnej, od Egiptu po Algierię, dostała się przed połową XVI w. pod zwierzchność Turcji osmańskiej. Podboje następowały stopniowo, a ponieważ dotyczyły państw rządzonych już przez muzułmanów, jak podbijający ich Turcy, ale silnie zróżnicowanych (niby ziemie te zostały wieki wcześniej opanowane przez Arabów, jednak mamelucki Egipt był zupełnie innym tworem niż Algier czy Tunis), ostateczny efekt był rozmaity i zmienny.

Dla legalności wysłania korsarza konieczne było, aby dokonywał tego uznany podmiot państwowy lub działający na prawach niezależnego państwa. Co to jednak miałoby znaczyć w przypadku tureckich prowincji w Afryce Północnej? Czy za każdym razem potrzebna była specjalna, indywidualna deklaracja sułtana w Stambule, jego wielkiego wezyra lub innego uprawnionego urzędnika? Wiemy, że takie przypadki występowały, ale czy to było konieczne? Przecież miasta Hanzy podlegały formalnie cesarzowi tego dość dziwnego tworu zwanego Świętym Cesarstwem Rzymskim (Narodu Niemieckiego), a uważały się za uprawnione (i właściwie nikt tego nie kwestionował) do wystawiania listów kaperskich, na dodatek każde z osobna.

Miasta pruskie po zadeklarowaniu oddania się pod władzę króla polskiego (w lutym 1454) z czasem zaczęły dodawać formułkę informującą o wysyłaniu kaprów na rozkaz króla Kazimierza, ale czyniły tak właściwie na własne życzenie, a ich listy kaperskie sprzed 1460 r. nie były przez jej brak mniej ważne. Jeśli zatem rozbójników morskich wysyłał taki bej Tunezji, dej Algierii lub pasza Egiptu, który chwilowo nie dbał o rozkazy ze Stambułu paraliżowanego okresowo przewrotami pałacowymi, to byli oni korsarzami czy piratami?

14.

Oczywiście wszyscy Europejczycy uważali ich za piratów, a dzisiaj poprawność polityczna każe z kolei pisać wyłącznie o korsarzach, ale jak na to należałoby spojrzeć z formalnego punktu widzenia? Gdańsk za zbuntowanie się przeciwko Krzyżakom został obłożony przez cesarza banicją, a mimo tego żaden polski historyk nie napisze, że posiadacze listów kaperskich wystawianych przez to miasto do walki z Zakonem i jego sprzymierzeńcami (przede wszystkim Danią i Gerdem Oldenburskim) byli – w myśl prawa – piratami. Na dodatek, jeśli szyprowie ci nie postępowali jak piraci, byli niemal zawsze uważani za kaprów przez wszystkie strony konfliktu, łącznie z Krzyżakami. Z drugiej strony, europejskie rozumienie prawa zakładało konieczność istnienia stanu wojny lub w ostateczności stanu prowadzenia represji między konkretnymi podmiotami terytorialnymi.

Tymczasem muzułmańskim rozbójnikom z Afryki północnej świadomość prowadzenia wojny z konkretnym państwem przez całe imperium osmańskie lub poszczególne jego prowincje, była na ogół całkowicie obojętna. Ponadto dejowie i bejowie mieli zwyczaj zawierać – za okup lub pod groźbą – pokój z krajem dość na to bogatym lub dość silnym, a potem nie przestrzegać warunków układu. Najczęściej nie mieli też wielkiego wyboru, ponieważ dla tureckiej warstwy zwierzchniej i armii złożonej na ogół z renegatów (których było pełno również wśród rozbójników morskich) i tureckich najemników podstawą egzystencji i siły było korsarstwo/piractwo oraz wynikający z nich stały dopływ rzesz niewolników, sprzedawanych na rynki całego świata islamskiego.

Przywódcy silnych konfederacji plemiennych mogli być mniej zainteresowani morzem, ale i dla nich zubożenie skarbu władz centralnych oznaczało wzrost podatków nakładanych na zwykłą ludność, i tak już bardzo obciążoną składkami i dotacjami na rzecz konfrerii marabuckich. Z tym wszystkim mieszało się pojęcie dżihadu – nieustającej wojny świętej z „niewiernymi”, która stanowiła podstawę zajęcia Algierii i Tunezji przez Turków i jedyne usprawiedliwienie ich późniejszych rządów nad arabsko-berberyjską większością, zwłaszcza gdy w 1792 r. odbicie Oranu z rąk hiszpańskich oznaczało wyparcie z Maghrebu (poza Marokiem) ostatnich chrześcijan.

Załóżmy zatem sytuację, w której Turcja osmańska chwilowo nie prowadzi otwartej wojny z żadnym państwem europejskim, a więc nie ma podstaw do udzielania swoim przedstawicielom w Afryce północnej zgody na wysyłanie korsarzy. Lecz dla deja Algieru i beja Tunisu działalność antychrześcijańska na morzu stanowi podstawę nie tylko dochodów, ale wręcz życia w dosłownym tego słowa znaczeniu (zmiana zasiadającego na stołku przez duszenie poprzednika, kiedy nie spełniał postulatów lokalnej grupy trzymającej go u władzy, była niezwykle modna). Jeśli więc taki dostojnik patronuje działaniu lokalnych piratów pod hasłem wojny świętej (a jej nie potrzeba ogłaszać, jest permanentna!), czy stają się oni przez to korsarzami? Czy w końcu, w myśl europejskich kryteriów, korsarz sprzedający swoich jeńców jako niewolników oraz atakujący PRZEDE WSZYSTKIM ludność cywilną, zamieszkującą wybrzeża, zasługuje na traktowanie go jak kombatanta?

Ówcześni Europejczycy nie zakładali jeszcze sami na siebie kajdan poprawności politycznej (a przynajmniej nie w kategoriach prawa), więc nie mieli co do tego wątpliwości – schwytanych korsarzy czy piratów północnoafrykańskich też zamieniali w niewolników i na ogół wszystkich nazywali piratami. Jeśli jednak spojrzeć na to z przeciwnej strony, która miała odrębną kulturę, własne tradycje prowadzenia wojen i swoją terminologię, a ponadto żadnego powodu (poza siłą) do przyjmowania europejskich definicji, sprawa nie wygląda już tak prosto.

Zresztą przez większą część swojego operowania na Morzu Śródziemnym, dostojni i ultra-katoliccy kawalerowie rodyjscy, maltańscy, też prowadzili permanentną „świętą wojnę” przeciwko islamowi, także zazwyczaj nękali bezbronnych kupców, pielgrzymów i ludność wybrzeży, również nie przejmowali się tym, czy jakieś państwo europejskie jest akurat w stanie wojny z Turcją i autoryzuje ich poczynania, a przecież prawie nikt w Europie nie uważał tych rycerzy za piratów. Bycie kawalerem maltańskim oznaczało zaszczyt, o który ubiegali się członkowie rodów szlacheckich i arystokratycznych, znajdujących się na przeciwnym biegunie hierarchii społecznej względem zachodnioindyjskich piratów. Jakiej terminologii należałoby więc używać dzisiaj, w rzetelnych opracowaniach historycznych, a nie politycznych?

15.

Co prawda i w Afryce północnej trafiali się niemal bezdyskusyjni piraci, jeśli akurat ich działalność była chwilowo nie na rękę lokalnym władcom i nawet przez nich zwalczana. Moryskowie wypchnięci przez Hiszpanów z Andaluzji stworzyli w 1617 r. w Rabacie (Nowe Sale) prawdziwe gniazdo rozbójników morskich. Byli bardzo groźni, prężni i bogaci, sięgając daleko na Atlantyk oraz wody europejskie. Nie mieli za sobą autorytetu władzy państwowej i nie zważali na okresy pokoju czy wojny, więc można ich uważać za piratów – z drugiej strony w pierwszej połowie XVII w. oraz w okresie 1727-1755 Sale rządziło się samodzielnie, miało radę i wybieralnego gubernatora, a dżihad dostarczał usprawiedliwienia dla prowadzenia wojny przeciwko chrześcijanom, więc właściwie czym oni się różnili od kaprów wysyłanych wcześniej np. przez Lubekę, Hamburg lub Gdańsk?

Jednak czasem sułtani Maroka sami ich zwalczali, aby zwiększyć dochody swojego skarbu. Okresowo byli więc – zanim nie zostali podporządkowani rządowi centralnemu – piratami nie tolerowanymi przez władze terytorium, z którego wyruszali na rozbójnicze wyprawy, a po poskromieniu - już całkiem legalnymi korsarzami, jak za Mulaj Ismaila (panował 1672-1727), któremu musieli oddawać bardzo pokaźną część łupów. Nieustanna walka o tron marokański w latach 1727-1757 znowu dała mieszkańcom Sale i Rabatu faktyczną niezależność, a wraz z nią ten problematyczny status piratów czy korsarzy. Po odrodzeniu jedności Maroka ostatecznie przekształcili się w państwowych korsarzy (sułtan zabierał im 60 procent łupów!), cokolwiek by na ten temat nie sądzili kupcy i marynarze z atakowanych przez nich żaglowców państw europejskich, które z Marokiem bynajmniej wojny nie chciały toczyć.

Za piratów można raczej uznać morskich rozbójników algierskich z XIX w. Korzystając z poszarpania tradycyjnych więzi europejskich przez Napoleona i skupienia się mocarstw na walkach między sobą, napadali bowiem każdego, kto się nawinął, w tym nawet poddanych suwerena Algieru, czyli osmańskiej Turcji! Co prawda z taką klasyfikacją kłócił się system organizacyjny floty algierskiej (której marynarze już od końca XVIII w. dostawali stały żołd, jak w wojennych marynarkach państwowych) i fakt stałego popierania przez deja.

Podobne, chociaż jeszcze bardziej złożone problemy prawno-terminologiczne wiążą się z ekspansją kolonialną Europejczyków w Azji. Pojawili się tu w XVI w., kiedy na miejscowych wodach od dawna rozwijała się pokojowa żegluga, niepokojona przez lokalnych piratów, czasami występujących w postaci całych plemion, dla których było to tradycyjne, uświęcone zwyczajem i jak najbardziej godne pochwały (jak w homeryckiej Grecji) zajęcie. Portugalczycy, potem Hiszpanie, Holendrzy, Anglicy, Francuzi, przywozili do tego rejonu marne towary, zachwycające może Indian amerykańskich na Manhattanie lub w Patagonii albo Polinezyjczyków na wyspach Oceanii, lecz żałośnie nędzne na tle indyjskich jedwabi czy chińskiej porcelany, i wymuszali na miejscowych oddawanie bogactw Wschodu.

Chociaż więc wypływali z Europy w pełnym majestacie prawa, błogosławieni przez chrześcijańskich władców i papieża, często nawet jako żeglarze eskadr państwowych, a nie korsarze (chociaż i tacy byli), to Azjaci widzieli w nich tylko brutalnych, podstępnych i łamiących wszelkie prawa piratów. Postawieni jednak wobec technicznej przewagi europejskiej i bardziej zdeterminowanych oraz lepszych żołnierzy, miejscowi władcy z czasem prawie wszędzie musieli kapitulować. Europejczycy zakładając tu enklawy, a potem rozrastające się kolonie, wprowadzali wraz z nimi swoje prawa, w tym własne pojmowanie reguł prowadzenia wojen morskich. Anglicy, stopniowo podbijając Indie, uważali oczywiście wszystkich ludzi atakujących ich żaglowce wschodnioindyjskie (poza korsarzami wysyłanymi przez USA lub państwo europejskie, jeśli Wielka Brytania była z nim akurat w stanie wojny) za piratów.

16.

Dla Europejczyków nie miało większego znaczenia, czy napastnikami są rozmaici wyrzutkowie z ich kręgu kulturowego (wypierani z Indii Zachodnich chętnie przemieszczali się na Ocean Indyjski) czy ludy miejscowe. Przedstawiciele tych ostatnich, zamieszkujący te tereny od tysięcy lub setek lat, rugowani z własnych ziem lub obracani w uciskanych poddanych przez obcych etnicznie, kulturowo i religijnie ludzi, mieli naturalnie własne zdanie na temat legalności poczynań. W XX i XXI w. pozwoliło to rozmaitym historykom na tworzenie całkowicie odmiennego od wcześniejszych obrazu piractwa na wodach Azji, gdzie piraci z wcześniejszych relacji jawią się teraz jako patrioci, obrońcy wolności, bojownicy o niezależność narodową i religijną. Chociaż w kreowaniu takiej wizji dominują, rzecz jasna, naukowcy z krajów azjatyckich, nie brak i innych.

Dzisiaj o rozbójnikach nazywanych Angriami, podlegających od 1698 r. zbuntowanemu dowódcy Marathów, nazwiskiem Konadżi Angria (który wywalczył sobie niezależną władzę na dużym obszarze Wybrzeża Malabarskiego, od Bombaju do Vengurli), pisze się książki pokazujące ich w roli bez mała działaczy niepodległościowych. Flota Angriów to w nich regularna marynarka indyjska walcząca z brytyjskimi najeźdźcami. Łodzie ludów rabujących żaglowce przemierzające cieśniny na Malajach, Filipinach czy w Indonezji to forpoczta bojowników o zrzucenie jarzma kolonialnego. Rozbójnicy chińscy topiący statki zmierzające do i z Chin (i mordujący ich załogi) są pionierami walki o współczesną mocarstwowość tego państwa i sprawiedliwość społeczną.

Czy ten skrajnie odmienny od obowiązującego jeszcze w XIX w. pogląd na piratów, korsarzy i marynarki wojenne państw azjatyckich, jest całkiem usprawiedliwiony? Niewątpliwie sądy europocentryczne, lekceważące widzenie świata pochodzące z innych kultur, z zadufaniem przyjmujące „wyższość” europejskiej cywilizacji, prawie nie skrywające pogardy dla „tubylców”, usprawiedliwiające własną pazerność i brutalność głoszeniem „jedynej prawdziwej wiary”, nieuwzględniające faktu, że znajdujące się tu przed przybyciem Europejczyków narody miały prawo bronić swojej niezależności wszelkimi dostępnymi środkami, skoro były napadane - nie mogą się dzisiaj utrzymać.

Jednak wszelka przesada jest niezdrowa. Angriowie bili Portugalczyków i Anglików, ale ich flota stała się postrachem wszystkich żeglujących pod Morzu Arabskim, rdzennych Hindusów nie wyłączając, i – niezależnie od ram organizacyjnych – była to w gruncie rzeczy marynarka piracka, działająca na rzecz jednego rodu nawet przeciwko swoim najbliższym pobratymcom. Ich poskromienie udało się Anglikom (dopiero w 1757 r.) właśnie dzięki współpracy z innymi Marathami, występującymi w roli brytyjskich sojuszników, a nie wasali. Piraci malajscy, filipińscy, indonezyjscy rzucali się na europejskie statki z uwagi na większą spodziewaną zdobycz, lecz ich działalność paraliżowała rodzimą żeglugę jeszcze bardziej, opóźniała rozwój tych rejonów, osłabiała lokalne struktury państwowe i zmuszała władców do szukania pomocy u Europejczyków.

Ogromny rozwój piractwa chińskiego wzmacniał tendencje odśrodkowe w cesarstwie, wyludniał wybrzeża, niszczył handel i rybołówstwo, obniżał dochody skarbu, w sumie bardziej ułatwiając wtrącanie się obcych mocarstw w sprawy Chin, niż utrudniając. O tym, co naprawdę myśleli o piratach zarówno członkowie szerokich warstw ubogiej ludności jak nieprzekupieni urzędnicy cesarza, świadczyły zorganizowane lub spontaniczne masowe akty okrucieństwa wobec pokonanych załóg pirackich dżonek. Nadawanie „janosikowych” cech tym wszystkim organizacjom pirackim w tworzonych sztucznie legendach nie zmieni faktu, że – jak zawsze w podobnych przypadkach – będąc faktycznie emanacją ducha oporu wobec narzucanych z zewnątrz norm gospodarczych, społecznych i kulturowych, z czystego oportunizmu szkodziły bardziej swoim niż obcym.

W cesarstwie chińskim bez żadnych wątpliwości chodziło o piratów, ponieważ nawet jeśli okresami państwo ich tolerowało lub korzystało z usług, to czyniło tak tylko z bezsilności, a nie faktycznej potrzeby. Piraci malajscy lub indonezyjscy mogli czasem działać na zlecenie lokalnych władców, co nadawało im niektóre z cech korsarzy. Rozbójnicy Angriów mieli organizację korsarską, a ich postępowanie niewiele różniło się od działań korsarzy z Afryki północnej, zaś w ogóle niczym – od poczynań dziewiętnastowiecznych piratów/korsarzy z Algieru.

17.

Kwestia, kto właściwie władny jest wydawać legalne listy kaperskie, aby wyposażeni w nie ludzie stawali się korzystającymi ze wszystkich praw korsarzami, a nie wyjętymi spod prawa piratami, odżywała przy okazji wielu rewolucji prowadzących do tworzenia się nowych państw. Określenie, kiedy taki świeży organizm jest już wystarczająco okrzepły, a do którego momentu gromadzi tylko buntowników, a więc także piratów, była bardzo trudna do sprecyzowania. Sprawę mogłyby rozstrzygnąć dwustronne deklaracje o uznaniu niepodległości, jednak jest zrozumiałe, że kraj macierzysty nigdy się do tego nie spieszył.

Hiszpanie pogodzili się faktycznie z niezależnością Holandii dopiero około 40 lat od wydania przez księcia Oranii pierwszych listów kaperskich grupie gezów morskich (na uznanie formalne trzeba było poczekać następne 39 lat).
Wielka Brytania uznała Stany Zjednoczone siedem lat po ogłoszeniu niepodległości przez kolonistów amerykańskich.
Ameryka Łacińska wypowiedziała posłuszeństwo Hiszpanii w 1810 r., ale wojny trwały do 1824 r. Potem świeżo powstałe w tym rejonie państwa się rozpadały, tworzyły rozmaite efemerydy i walczyły między sobą.
Gdy w 1822 r. następca tronu Portugalii ogłosił się cesarzem niezależnej Brazylii, Portugalczycy pogodzili się z tym oficjalnie w 1825 r.
Teksas przeszedł ewolucję od jawnej rebelii Anglosasów przeciwko Meksykowi w 1835 r., poprzez niezależną Republikę Teksasu aż do aneksji przez USA w 1845 r.
Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej stłumienie secesji Stanów Skonfederowanych zajęło prawie pięć lat (1861-1865).

We wspomnianych przypadkach bardzo często dochodziło do wystawiania listów kaperskich przez tworzące się organizmy państwowe i równoczesne ogłaszanie ich posiadaczy zwykłymi piratami przez kraje, spod dominacji których próbowano się uwolnić. To, że raczej nie dochodziło do drastycznych kroków (typu wieszania tych „piratów”), należy zawdzięczać tylko obawie przed zastosowaniem rewanżu, a nie rzeczywistemu przekonaniu o legalności takich listów. Tym bardziej, że nowe państwa bardzo chętnie obdarzały nimi wszelkich łotrów i prawdziwych piratów, ponieważ na gwałt potrzebowały gotówki, a każde zamieszanie w rejonie było im na rękę. Rozstrzygnięcie dzisiaj, od którego momentu po ogłoszeniu takiej niepodległości (nieraz bardzo krótkotrwałej) list kaperski był ważnym dokumentem, jest raczej nierealne.

Nawet we flotach państwowych działających od setek lat, z mocno określonymi ramami prawnymi lub dobrze ustabilizowanym systemem precedensów, zdarzały się przypadki wątpliwe, kiedy formalne rozróżnienie między aktem pirackim a korsarskim wcale nie było łatwe. Podczas początkowej fazy wojny krymskiej nieświadome jeszcze jej wybuchu statki rosyjskie wpadały w ręce nie tylko brytyjskich i francuskich okrętów wojennych, ale również jednostek administracji (jak kutry celne), a nawet statków cywilnych. Przy pochwyceniu nieprzyjaciela nie przez regularne okręty marynarki wojennej, brytyjskie sądy pryzowe często wolały – mimo wojny – oddać zdobycz właścicielowi, aby nie narażać się na zarzut wspierania działalności pirackiej. Tak było np. gdy cywilny statek śrubowy Bengal (słynnego towarzystwa P&O) zdobył na redzie Madrasu 26.06.1854 rosyjski bark i doprowadził go do tego portu, chociaż samego aktu zajęcia dokonały naprawdę władze portu i zabrani stamtąd żołnierze.

Jak widać, chociaż definicyjne odróżnienie korsarza od pirata jest bardzo proste, klarowne i jednoznaczne, życie przyniosło w ciągu tysięcy lat żeglugi wiele sytuacji, w których ta prostota zwyczajnie się nie sprawdzała. Uczestnikom wydarzeń to już obojętne, jednak opisującym historię sprawiają kłopoty, jeśli chcą oni zachować obiektywizm i nie wspomagać się pozytywnymi lub pejoratywnymi określeniami tylko dla pokazania, czyją sprawą podniecają się jako „słuszną”, a kogo uznają za „wstrętnego”.

KONIEC

Cykl pochodzi z autorskiego forum p. Krzysztofa Gerlacha
http://www.timberships.fo...7-15.html#10799

Z polemiką na w/w cykl zapraszam na forum p. Krzysztofa
https://timberships.fora.pl/

_________________
Pozdrawiam
Karol